Miłoszewski, czyli jak zarwać noc i ABSOLUTNIE nie żałować

Po nieco kuriozalnym (podejrzewam, że całkowicie intencjonalnie) i przestylizowanym  (takoż) Bezcennym, Zygmunt Miłoszewski wydał kolejną część cyklu o prokuratorze Teodorze Szackim. Niestety, Gniew to pożegnanie z bohaterem. Szacki odchodzi – i to jest wielce smutne. Szacki odchodzi jednak w wielkim stylu, a Miłoszewski, moim zdaniem, zasłużył już na miano jednego z najlepszych polskich pisarzy współczesnych – i to bynajmniej nie tylko w ramach gatunku, który reprezentuje. I to jest wielce pocieszające – że wreszcie ktoś taki jest – genialny twórca świetnych książek z serii „literatura popularna”. Bez hipsterstwa, niepotrzebnych akrobacji z polszczyzną, za to z pomysłem i umiejętnością wcielenia tego pomysłu w książkowe życie.


Tym razem prokurator utkwił w Olsztynie. Trochę go to drażni (wszechobecna mżawka, wilgoć wdzierająca się pod płaszcz i do zakamarków serca), trochę się z tym dziwacznym miejscem już identyfikuje. Zresztą „wątek olsztyński” staje się pretekstem do bardziej ogólnych refleksji socjogeograficzych, niezwykle celnych, ironicznych, a jednocześnie (krytycznie) miłujących, bez popadania w typową dla polskiej literatury, rozwleczoną na piętnaście stron manierę epatowania wstrętem i mało śmieszną kpiną. 

Śledztwo – jak zawsze w przypadku Szackiego – jest dziwne, ale ta dziwność nie odstręcza. Dlaczego? Przecież większość polskich kryminałów umiera w konwulsjach właśnie na tę przypadłość: zbrodnie wydumane, silnie stylizowane na te amerykańskie czy skandynawskie, ZA silnie, rzecz jasna. I tu też jest morderstwo wydumane – bardzo. A jednak Miłoszewski się broni. W prosty sposób: po prostu nie jest grafomanem. Ma własny (rewelacyjny) styl i nikogo nie naśladuje. Pewnie dlatego, że – w przeciwieństwie do wielu innych polskich „kryminalistów” – nie musi. Miłoszewski bowiem jest już klasą samą dla siebie, jest jakiś: skondensowany w wielowątkowej narracji, lapidarny – gdy trzeba, ciekawie dygresyjny – gdy czemuś to służy. I, last but not least, jest zabawny. Niewymuszenie, inteligentnie zabawny. 

Gniew wciąga niebywale, coraz mniej kryminałów to potrafi. Szaleńcza eksplozja popularności skandynawskich powieści tego gatunku wymusiła niestety na wielu pisarzach powtarzalność pewnych wzorców, przede wszystkim w zakresie motywacji złoczyńców. Tu nie ma łatwych rozwiązań i schematycznych konstrukcji fabularnych. Jest za to mnóstwo świetnie narysowanych bohaterów, których Miłoszewskiemu udaje się nie przerysować. Jest multum słów prawdy o naszym społeczeństwie i trawiących je „wirusach”. Jest wreszcie polszczyzna, która nie zgrzyta w zębach, naturalna, żywa, nieuległa komicznej już u niektórych twórców stylizacji na kolokwialność. 

Burzy krew w żyłach, nie pozwala zasnąć, tkwi w głowie i budzi podziw – że można tak pisać po polsku. Gniew to najlepsza książka, jaką czytałam od dawna, a przeżyłam ostatnimi czasy przygodę z kilkoma kryminałami skandynawskimi. Dla miłośników gatunku – lektura obowiązkowa. Dla miłośników dobrej literatury jako takiej – takoż. Gorąco polecamy!

Dodano do koszyka.
0 produktów - 0,00