Czarodziejska blizna

Gdyby nie zaopatrzona w nazwisko autora okładka, czytając Zabliźnione serca, poczyniłabym nieco ryzykowne założenie, że powieść napisali wspólnie Kafka i Schulz, a patronował im Tomasz Mann. Ale to bynajmniej nie znaczy, że faktyczny autor, rumuński pisarz Max Blecher, to mało zdolny kopista. W poetykę składającą się z pierwiastków kafkowsko-schulzowsko-mannowskich wnosi własny rys, tym bardziej świeży, że jest Blecher pisarzem niemal zupełnie w Polsce nieznanym, choć tworzył w latach ’30 ubiegłego wieku.




Tym, co najsilniej łączy Blechera z Kafką, jest głęboka, dojmująca autoanaliza, podsycana poczuciem obcości, nieprzystawalności do otoczenia. Z Schulzem kojarzy się w Zabliźnionych sercach horyzont narracyjny, poetyka metafory łączącej trywialność i poezję. Natomiast fabuła odsyła właśnie do Manna i jego Czarodziejskiej góry. Można by rzec, że uzdrowisko Berck, w którym toczy się akcja powieści, to Davos w pigułce: hermetyczne, odcięte od świata środowisko mniej lub bardziej chorych ludzi, układających sobie życie od nowa, ba, paradoksalnie kwitnących w atmosferze rozkładu i powolnego korowodu ku śmierci. 

U głównego bohatera, wywiedzionego z autopsji Blechera Emmanuela, zdiagnozowano gruźlicę kręgosłupa. Lekarze wysyłają go więc do nadmorskiego uzdrowiska. Mikroświat, złożony z łóżek-wózków i gipsowych kokonów, oglądamy oczyma człowieka, który ani trochę nie był przygotowany na zetknięcie z tak porażającą innością. Tym bardziej fascynujące jest jego szybkie przeniknięcie do jądra tego świata – funkcjonującego wcale nie tak, jak można by sobie wyobrażać. Są bowiem w sanatorium potajemne romanse, pijackie wieczorki, spacery po plaży, zazdrość. Jest też rzecz jasna frustracja człowieka ubranego w sztywny gips, bezradnego wobec niemocy swojego ciała, które wcale przecież nie traci swych funkcji witalnych i potrzeb. U Blechera zwraca uwagę perspektywa narracyjna: Emmanuel jest z jednej strony czynnym uczestnikiem zdarzeń, z drugiej jednak – zdaje się stać z boku, spod przymrużonych powiek obserwując i analizując siebie, swoje nowe życie, relacje międzyludzkie, które w tych specyficznych okolicznościach nierzadko ocierają się o granice perwersji. Przede wszystkim jednak jest Emmanuel zanurzony w swojej chorobie, jej różnych odcieniach, symptomach, przypływach i odpływach.  

Tym, co omamia czytelnika w prozie Blechera, jest owa ambiwalencja postawy bohatera: nienawiść do choroby przy jednoczesnym upojeniu światami, które ta choroba otwiera. Widać to zresztą we wszystkich kuracjuszach Berck: ci już ozdrowiali wcale nie opuszczają pospiesznie uzdrowiska, wolą zostać, kurczowo trzymając się miejsca, w którym potrafią się zdefiniować, w którym definiuje ich kalectwo, ułomność, przynosząca bliżej niezidentyfikowaną satysfakcję.

Zabliźnione serca to powieść trudna, przykra, ale i frenetycznie uwodzicielska. Po jej przeczytaniu zostaje w nas coś w rodzaju bólu fantomowego – odczucie swoistego braku, mimo że w kategoriach logiki powinniśmy chcieć jak najszybciej strząsnąć z siebie wrażenia, jakie wywołała lektura. To zapewne tajemnica prozy Blechera, która przeżyła w ukryciu przed szerszą publicznością niemal sto lat, ale bynajmniej nie uległa dezaktualizacji. 

Max Blecher, Zabliźnione serca, wydawnictwo WAB, Warszawa 2013.






Dodano do koszyka.
0 produktów - 0,00